Dwór Króla
   Dreamlandu
   Macieja I
Genesis


Mapa Ekorre


Królewski Pałac Ekhorn


Inne pałace


Ambasady


Życie Dworu


Kancelaria Królewska


Księga Gości


Ekorre >> życie Dworu >> dzień z życia


DZIEŃ Z ŻYCIA

Życie na każdym dworze królewskim, niezależnie od jego geograficznego i czasowego umiejscowienia, jest w mniejszym lub większym stopniu sformalizowane. Wiele ceremonii, zwłaszcza tych codziennych, odeszło jednak wraz z pudrowanymi perukami i koronkowymi żabotami, a pozostałe uległy przekształceniom, które uczyniły z nich elementy codziennej pracy, w zasadzie jedynie z nazwy pielęgnujące dawne tradycje. Ewolucja ta w istocie jest zwycięstwem przeświadczenia, że osoba Króla nie jest własnością publiczną, lecz iż władca ma prawo do prywatności w zakresie codziennych zajęć, o ile nie dotyczą one wykonywania monarszych prerogatyw. A nie jest to myśl bynajmniej szczególnie wiekowa... By należycie uwypuklić różnice, niniejsza praca poświęcona zostanie porównaniu dwóch okresów - apogeum panowania Erwina VII oraz dnia dzisiejszego.

W XVII w. początek był, wedle obecnych wyobrażeń, dość osobliwy. Dzień królewski zaczynał się od wielkiej i obecnie raczej mocno zdumiewającej ceremonii - lever. W zasadzie nie było to nic innego, jak poranne wstawanie, jednakże budzenie się i ranną toaletę króla uważano wówczas za rzecz arcyważną, namacalny dowód, że monarcha jest i sprawuje władzę. Na dworze Erwina VII lever stało się pozycją ceremoniału regulowaną w najmniejszych szczegółach, w istocie elementem codziennego kultu idei monarchii. Zaczynał się zatem ten przedziwny rytuał o godzinie 8:30 od rozsunięcia przez szambelana, pełniącego w danym dniu dyżur (było ich wówczas łącznie czterech), kotar królewskiego łoża z krótkim Wasza Królewska Mość, czas już. Na te słowa odźwierni otwierali drzwi Wielkiej Sypialni. Wówczas do monarchy, wciąż spoczywającego w łożu, podchodzili najwyżsi dostojnicy dworscy, członkowie Domu Dreamlandu (czyli rodziny królewskiej) i medycy. Ci ostatni przystępowali do porannej diagnozy stanu zdrowia władcy. W tym czasie służący pomagali władcy ogolić się i uczesać. W czasie tych zabiegów król rozmawiał z obecnymi, przede wszystkim z lekarzami, gdyż Erwin VII był wręcz przeczulony na punkcie swojego zdrowia. Po zakończonych wstępnych ablucjach, następowała druga część tego pieczołowicie odgrywanego spektaklu. Król wstawał z majestatycznego łoża i zasiadał w specjalnie przygotowanym fotelu. Na łaskawe skinienie monarchy do Wielkiej Sypialni wchodzili najznamienitsi urzędnicy państwa i dworu (co w ówczesnych czasach w wielu wypadkach znaczyło zresztą to samo) oraz pozostali wyróżnieni dworzanie, mający tzw. prawo wejścia. Łącznie w drugiej części tego szczególnego obrządku brało udział około 100 osób, oczywiście wyłącznie mężczyzn. Hierarchia była ściśle i precyzyjnie określona. Inny urzędnik miał przywilej podawania królowi koszuli, inny - butów, jeszcze inny ten sam przywilej miał w odniesieniu do surduta czy kamizelki. Jednak znakomita większość mogła jedynie biernie przyglądać się, jak kilkudziesięciu wybrańców podaje władcy, a właściwie ubierającym go służącym, elementy królewskiej garderoby. Mimo to nawet oni mieli swój udział w całej uroczystości. Zgodnie z obyczajem, mogli prosić króla - oczywiście o ile ten zechciał ich wysłuchać - o łaskę, czyli najprzeróżniejsze sprawy. Stąd też uczestniczenie w lever stało się przedmiotem pożądania właściwie dla wszystkich, będąc okazją pokazania się królowi i być może uzyskania odeń jakiegoś nadania, urzędu, czy też pozytywnego rozstrzygnięcia sporu z sąsiadem. To wszystko sprawiało, iż wszyscy obecni patrzyli na siebie wilkiem - najmniejsza oznaka królewskiego faworu była natychmiast dostrzegana i jak burza przechodziła przez pałacowe salony. Z ust do ust powtarzano sobie imię być może przyszłego faworyta, większość od razu dokonywała skrupulatnej analizy, co łaskawsze spojrzenie władcy oznacza dla równowagi całej dworskiej społeczności, czy lepiej opłaca się popierać nową gwiazdę, czy też oponować. Z drugiej jednak strony dla szczęśliwców mających prawo wejścia było to wyróżnienie przyczyną wielu udręk. Ciężki bowiem był los tego, kto mogąc - nie uczestniczył w porannej celebrze. A móc znaczyło w tym wypadku nie tyle „być w stanie”, co „mieć prawo wejścia”. Monarcha nie uznawał ludzkiej słabości - o żadnej grypie, wyjeździe, itp. nie mogło być mowy, o zaspaniu nie wspominając. Nawet narodziny dziecka nie były wytłumaczeniem (obowiązywał w tamtych czasach zakaz przebywania dzieci na królewskim dworze, naturalnie poza dziećmi królewskimi, choć i te często trafiały na nauki do pensji przyklasztornych). Wprawdzie żadnej listy obecności nie sprawdzano, to jednak Erwin VII słynął ze swojej spostrzegawczości, a i Wielki Szambelan (ówczesny mistrz ceremonii) miał przykazane baczyć, czy kogoś nie brakuje i zdawać władcy odpowiedni raport. Kto się nie stawił, ryzykował otrzymanie królewskiego rozkazu „przeprowadzenia inspekcji własnych dóbr” - co oznaczało ni mniej, ni więcej, jak rozkaz natychmiastowego opuszczenia dworu z zakazem powrotu, czyli faktyczne zesłanie, skazanie na polityczny i społeczny niebyt. Niewielu udawało się odzyskać królewską łaskę... Tymczasem jednak spektakl trwał w najlepsze. Ubrany już częściowo król spożywał filiżankę mocnego bulionu zagryzając biszkoptem - było to całe śniadanie. Kończyło się wreszcie lever uroczystym nałożeniem przez Wielkiego Szambelana monarsze szarfy, gwiazdy orderowej wysadzanej drogocennymi kamieniami oraz pozostałych insygniów Wielkiego Mistrza Orderu Czerwonego Orła. Uroczystość dobiegała szczęśliwie swojego kresu po blisko dwóch godzinach...

Wprawdzie opisana uroczystość dzisiaj z całą pewnością może dziwić, to jednak należy pamiętać o dwóch zasadniczych kwestiach, zanim zdecydujemy się wydać sąd o ówczesnej praktyce. Jak już wspomniano, w tamtych czasach (a mówimy o II połowie XVII wieku) osoba króla była w pewnym sensie własnością publiczną. Uosabianie przez władcę całego Państwa było brane wówczas dalece bardziej dosłownie, aniżeli czyni się to obecnie. Stan zdrowotny króla był rzeczą pierwszorzędnej wagi. Przy braku odpowiedniej praktyki, dzisiaj zwanej często „polityką informacyjną”, to rozbudowane lever spełniało funkcję propagandowo-informacyjną („król jest zdrowy i należycie wykonuje swoje obowiązki”), a jednocześnie stanowiło swego rodzaju, ponownie odwołując się do pojęć charakterystycznych dla naszych czasów, konferencję prasową monarchy. Drugą okolicznością, którą wziąć należy pod uwagę, jest zasadnicza zmiana obyczajowości, jaka nastąpiła w XIX wieku. Jak byśmy bowiem tego nie oceniali, to właśnie w tym okresie dopiero kwestie ciała stały się tematem tabu, sferą prywatności chronionej ze szczególnym pietyzmem. Renesansowy i barokowy, a w pewnym - prawda, że już istotnie mniejszym stopniu - nawet oświecony monarcha absolutny, żył publicznie na oczach swojego dworu. Przedstawiony ceremoniał był jedynie apogeum sformalizowania całego misterium, bo samo publiczne budzenie i ubieranie monarchy to nie był oczywiście wymysł Erwina VII.

Dziś, jakkolwiek Król pozostaje wierny wielu tradycjom swoich poprzedników, nie wszystkie są kultywowane. Tak też stało się z omawianą ceremonią, która zresztą już wcześniej ulegała poważnym przeobrażeniom, zmierzającym przede wszystkim do zwiększenia prywatności osoby królewskiej oraz uproszczenia. Dzisiaj jakkolwiek sama nazwa lever pozostaje w Protokole Dworu, to jednak jest to jakościowo zupełnie inna pozycja planu dnia. Nie ma oczywiście mowy o jakimkolwiek publicznym budzeniu, w ogóle nie do pomyślenia jest poranna toaleta w obecności setek dworzan. Obecnie jest to po prostu poranne spotkanie Króla z Marszałkiem Dworu, w trakcie którego omawiane są dyspozycje co do rozpoczynającego się dnia oraz ewentualnie zbliżających się uroczystości, a także załatwiana prywatna korespondencja, kończące się śniadaniem w towarzystwie najbliższych współpracowników. Jedyne odstępstwo od tej prostej formy występuje w razie zarządzenia wielkiego ceremoniału. Wówczas Król przechodzi w stroju galowym do Wielkiej Sypialni, gdzie Marszałek Dworu, zgodnie z ceremoniałem sięgającym czasów poprzedników Erwina VII, podaje i asystuje Monarsze przy zakładaniu insygniów Wielkiego Mistrza Orderu Czerwonego Orła. Tak okrojona uroczystość stanowi podkreślenie ciągłości dreamlandzkich tradycji oraz materialny znak przywiązania do nich. Pozostała jeszcze wspólna godzina - niezmiennie od wieków królowie Dreamlandu zaczynają urzędowanie o 8:30, aczkolwiek już od czasów obu poprzedników dzień zaczyna się ok. 7:00 - zdobywanie coraz szerszego zakresu prywatności nie mogło wszak dokonywać się kosztem czasu poświęcanego sprawom urzędowym.

Po zakończonym porannym ceremoniale, Erwin VII udawał się na mszę. Nie było to szczególnym wyrazem jego osobistych przekonań - daleko mu było do wzorca życia człowieka bogobojnego, w szczególności co do cielesnej strony życia. Codzienna msza była w rzeczywistości manifestacją polityczną, emanacją istniejącego w Królestwie porządku, w którym nadal znacząca część administracji - zwłaszcza w rejonach prowincjonalnych - znajdowała się w rękach kleru, którego członkowie bywali zazwyczaj jedynymi osobami jako tako wykształconymi na tych terenach. Tak więc punktualnie o godzinie 10:00 król udawał się w uroczystej procesji z Wielkich Apartamentów, wpierw przez majestatyczną Galerię i następnie amfiladę pokoi, do Kaplicy Pałacowej, mającej zresztą proporcje znacznie bardziej okazałe aniżeli niejeden kościółek parafialny. I tutaj obowiązywał oczywiście ścisły porządek rzeczy i świata dworskiego. Podobnie, jak w czasie porannym, tak i tu istniały ścisłe zasady pierwszeństwa, określające kto i w jakiej kolejności miał prawo kroczyć w królewskim orszaku, wyznaczane przez skomplikowany węzeł hierarchii tytułów, dóbr i urzędów, w którym tylko władca i jego zaufany król herbowy (odpowiednik dzisiejszego Sekretarza Heroldii) w pełni się odnajdywali. W pierwszej kolejności szedł zatem Następca Tronu, dalej pozostała rodzina królewska według stopnia pokrewieństwa i wieku, na końcu najwyżsi urzędnicy. Pozostali dworzanie (tym razem również kobiety) mogli jedynie - a poniekąd mieli taki obowiązek, bo nieobecność skutkowała przykrymi, opisanymi wyżej konsekwencjami - obserwować paradne przejście monarchy. Nikomu nie wolno się było odezwać. Tylko król co jakiś czas przystawał, podając rękę do ucałowania na znak łaski, a gdy chciał wyrazić swoją szczególną aprobatę - zamieniał słowo, co oczywiście, tak jak przy lever, było pożywką nowych, niekończących się plotek i kalkulacji. Całe przejście do Kaplicy potrafiło trwać nawet i 30 minut, tyle zatem, co cała msza. W późniejszych latach doszło do niespotykanej rewolucji w ceremoniale. Oto obecni w czasie procesji zyskali prawo składania pisemnych petycji, naturalnie nie monarsze, ale Kanclerzowi Królestwa, podążającemu w orszaku jako pierwszy z urzędników. Wprowadzenie tej modyfikacji zbiegło się w czasie z opracowywaniem przez Erwina VII pierwszych planów poszerzenia swoich wpływów na Archipelagu Dreamlandzkim. Władca uznał iż koniecznie musi lepiej poznać aktualną sytuację w swoim państwie, do czego wykorzystał właśnie składane petycje, często obszernie relacjonujące lokalne warunki i układy. W ten sposób, bez obciążania wydatkami swoich finansów, zyskał król wgląd w bardziej codzienne życie swojego Królestwa. Po pewnym czasie i to jednak zostało zmienione - składanie petycji kroczącemu Kanclerzowi (faktycznie petycje te były wręczane sekretarzom Kancelarii) było po prostu niepraktyczne i powodowało tumult, niezbyt harmonijnie współgrający z powagą królewskiego ceremoniału, na której Erwinowi VII bardzo zależało. Dlatego też ostatecznie wprowadzono praktykę wystawiania w jednej z pobliskich sal pałacowych szerokiego, dębowego stołu, pokrytego karmazynowym atłasem, na którym zainteresowani mogli przedkładać swoje pisma.

Jak wiadomo, w Królestwie obecnie przestrzega się ściśle zasady rozdziału religii od Państwa. Zwyczaj ten, stanowiący od czasów obu poprzedników Króla jedną z głównych, acz nie zapisanych zasad ustrojowych, wykluczył traktowanie obrządków religijnych jako elementu oficjalnego życia Dworu. Dziś czas, poprzednio poświęcany na niejednokrotnie wymuszane modły, wykorzystywany jest na załatwianie spraw prywatnych, a najczęściej - przygotowanie się do kolejnej pozycji dnia roboczego.

Po zakończonej mszy król powracał do Wielkich Apartamentów. Tym razem procesji nie było, jeżeli nie liczyć oddziału zaaferowanych sekretarzy podążających za władcą do Sali Rady. Król udawał się bowiem na spotkanie ze swoimi ministrami. W ówczesnej rzeczywistości politycznej posiedzenia Rady pod przewodnictwem monarchy były odpowiednikami zarówno prac Rządu, jak i obrad Parlamentu jednocześnie. Erwin VII bardzo skrupulatnie traktował tę część dnia codziennego. Występowały zasadniczo trzy Rady: Stanu, zajmująca się, rzec by można, wielką polityką, w szczególności sprawami zagranicznymi, a także tym, co dziś określilibyśmy planowaniem strategicznym, która zbierała się w niedziele i środy. Rada Finansów obradowała we wtorki i czwartki. Pozostałe dni - poniedziałki, czwartki, piątki i soboty - poświęcane były, w zależności od aktualnych potrzeb, na sprawy wewnętrzne, religijne, czyli również szkolnictwo, szczególnie poprzez kwestie związane z zakonami, a także przemysł, czy też ogólnie gospodarka, w zakresie, w jakim zajmowali się nimi innowiercy. Jeżeli w tych dniach nie było spraw wymagających „decyzji Króla w Radzie”, monarcha poświęcał się swojemu ulubionemu hobby - budownictwu. Skład poszczególnych rad dobierał król spośród wysokich urzędników państwowych (zwanych ministrami, ale w znaczeniu szerszym aniżeli dzisiejsi Ministrowie Korony); najważniejsi z nich zasiadali zresztą w kilku, bądź też nawet wszystkich radach. Erwin VII, podchodzący do swoich monarszych obowiązków niezwykle - zwłaszcza jak na ówczesne czasy - sumiennie, traktował posiedzenia rad bardzo poważnie. Sam zazwyczaj milczący, wsłuchiwał się w opinie wygłaszane przez uczestniczących w posiedzeniu. Dopiero na koniec debaty nad danym punktem odzywał się, oznajmiając swoją decyzję, którą notował obecny dyżurujący sekretarz. Ujawniała się tutaj sama kwintesencja poglądu władcy na kwestie rządzenia. Ministrowie służyli mu nawet nie jako podmioty podejmujące bieżące decyzje. Ich rola sprowadzała się jedynie do opiniowania i proponowania rozwiązań. Nie mieli własnej mocy decyzyjnej, chyba, że wykonywali królewską decyzję. Oficjalne akty - wspomniane już „decyzje Króla w Radzie” były rzeczywiście decyzjami monarchy, nieskrępowanego opiniami swoich rad, stwierdzenie „Król tak chce” starczało za całe uzasadnienie.

Rozwój administracji, wyodrębnienie się ministerialnych resortów i wreszcie samego Gabinetu (Rządu Królewskiego) doprowadziło do istotnej modyfikacji dotychczasowej praktyki rządzenia. Wzrosła niepomiernie rola słowa pisanego, które w bieżących sprawach zaczęło nawet przeważać nad bezpośrednimi spotkaniami. Obecnie czas przeznaczany w przeszłości na po części ceremonialne posiedzenia, wykorzystywany jest na załatwianie wciąż narastających stosów pism, memoriałów i innej urzędowej korespondencji. Przedpołudniowe konferencje króla z ministrami zastąpione zostały pracą z dyżurującym sekretarzem Kancelarii Koronnej, a często - zwłaszcza w sprawach istotniejszych - z samym Lordem Kanclerzem. Spotkania z Premierem czy też poszczególnymi ministrami (skądinąd nadal częste), stanowią zazwyczaj ostatni etap załatwiania danej sprawy, poprzedzany niejednokrotnie obszerną korespondencją, służącą przygotowaniu tematu. Pozostałością dawnej Rady Stanu, w mocno okrojonej postaci, pozostaje tzw. Komitet Spraw Zagranicznych, czyli wspólne posiedzenia Króla, Premiera i Ministra Spraw Zagranicznych.

Kolejną pozycją dnia był obiad. Erwin VII zazwyczaj jadał go sam, co nie znaczy oczywiście, że samotnie. Wręcz przeciwnie - południowy posiłek nie był w żadnej mierze odstępstwem od ogólnej zasady przewodniej ceremoniału - król żyje publicznie. O godzinie 13:00, do urzędującego wciąż w Sali Rady monarchy, wchodził wielki szambelan, oznajmiając iż podano obiad. Na ten sygnał ministrowie wstawali i cofając się w pokłonach, oczywiście przodem do króla, wychodzili z komnaty. Erwin VII przechodził do Wielkiej Sypialni. W tym wypadku powtarzała się znowu ceremonia znana z lever. Władca, obsługiwany przez zajmujących odpowiednią pozycję na dworze, podających tym razem - zamiast koszuli czy spinki do żabotu - tacę z wodą do opłukania rąk i serwetę, zasiada do stołu. Na ten znak rozpoczynała się imponująca procesja z kuchni pałacowej. Apetyt monarsze dopisywał - wpierw serwowano lekki bulion z kuropatw gotowanych w jarzynach, szczególnie - w kapuście, potem gęstą zupę-krem z gołębi, następnie podawano różne mięsa zapiekane w cieście, dalej kurczę z truflami, sałaty, wreszcie pieczeń. Ta kulinarna parada kończyła się zazwyczaj słodkim deserem i owocami. Dworzanie mający prawo wejścia w ciszy obserwowali jedzącego monarchę. Wszystko to trwało mniej więcej 45 minut.

I w tym zakresie daje się obecnie odczuć zdecydowane zmiany. Król wykorzystuje porę obiadową jako okazję spotkania się z najbliższymi współpracownikami oraz zaproszonymi gośćmi, z reguły ludźmi związanymi z szeroko rozumianą sztuką. Stworzeniu należytej atmosfery znakomicie służy jadalnia w Apartamentach Królewskich, podczas gdy Wielka Jadalnia zarezerwowana jest na uroczyste bankiety. Siedemnastowieczny dworzanin byłby natomiast niemile zaskoczony ilością serwowanych dań. Próżno dziś szukać gargantuicznych uczt w kartach królewskiego menu, aczkolwiek Król docenia dobrą kuchnię, tak więc goście z pewnością nie wstają od stołu głodni, o ile nie będą zbyt wiele czasu mitrężyć, gdyż zachowuje się starą zasadę, zgodnie z którą Król zaczyna i kończy posiłek, do czego obecni obowiązani są dostosować się. Zmianie uległa również pora posiłku - protokół przewiduje tu okres godzinny, między 14:00 a 15:00.

Hegemon Układu Morburskiego dożył późnego wieku w jakim takim zdrowiu jedynie dzięki żelaznej zasadzie, iż po obiedzie - i po zmianie stroju - opuszczał pałac, by zażyć ruchu na świeżym powietrzu. W grę wchodziły różne formy aktywności: od spokojnego, acz długiego spaceru po terenie otaczającym rezydencję, poprzez przejażdżki konne albo powozem do pobliskich niewielkich rezydencji, aż po rozrywkę ze wszystkich wymienionych ulubioną - polowanie. Tak czy inaczej, dzień między 14:00 a 18:00 władca rezerwował sobie na aktywny odpoczynek. Uczestniczenie w tych monarszych aktywnościach było szczególnym zaszczytem. Ich powszechnie uznawane wśród dworzan kapitalne znaczenie miało wydźwięk bardzo praktyczny - możność asystowania królowi w chwilach wypoczynku oznaczała mieć doń dostęp w porze dnia, w której miał zwykle humor najlepszy, to zaś z kolei oznaczało łatwiejszy dostęp do monarszej łaski. Z drugiej strony władca miał kolejną możliwość zyskiwania sobie przydatnych mu ludzi w sposób nie obciążający budżetu, co przy aktywnej polityce Erwina VII, zawsze gotowej pochłonąć więcej, aniżeli Królestwo było w stanie wygospodarować, było bardzo istotne. Nie chodziło zresztą li tylko o proste rozdawanie nic nie kosztujących łask (choć, jak widać choćby z niniejszego opracowania, Erwin VII był w tym mistrzem). Jakkolwiek formalnie czas ten był czasem wolnym, to jednak - jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - to właśnie w trakcie takich, pozornie nic nie znaczących wojaży, pod wpływem przeprowadzanych w ich trakcie rozmów, władca podejmował niejednokrotnie decyzje pierwszej wagi. Nic zatem dziwnego, że ministrowie królewscy o prawo towarzyszenia królowi akurat w tej porze zabiegali tak samo, jak o to, by zostać wezwanym na Radę w charakterze stałego jej członka. A prawo to było w szczególny sposób uwidaczniane.

Zasada poobiedniej aktywności okazała się dalece bardziej trwała, aniżeli zwyczaje obiadowe. Również dzisiaj popołudnie przeznaczane jest na szeroko rozumiany ruch, choć bynajmniej nie jest to czas wolny. Obecnie pora między 14:00 a 19:00 jest zarezerwowana na królewskie wizyty w Prowincjach, miastach, różnego rodzaju instytucjach, a także wszelakie uroczyste otwarcia, inauguracje i inne tego rodzaju wydarzenia, zwłaszcza kulturalne. Jeżeli akurat żadnych wizyt nie przewidziano, czas ten przeznacza się na niekończącą się pracę kancelaryjną.

Od godziny 18:00 zaczynał się wieczorny program dnia. W zasadzie o tej porze organizowano „prywatne” spotkania króla z dworzanami, mające pielęgnować - w miarę możliwości ogromnego dworu - szczególne relacje między władcą a poddanymi. Często jednak nadchodzące raporty wymuszały zarzucenie tych planów i poświęcenie się sprawom publicznym. Wówczas monarcha pojawiał się na parę chwil, a następnie polecał któremuś z członków rodziny królewskiej zastępowanie go, podczas gdy sam udawał się do prywatnych apartamentów w towarzystwie jednego z sekretarzy, dźwigającego obszerną teczkę dokumentów mających służyć do popołudniowej pracy. O 22:00 zaczynał się kolejny ceremoniał - kolacja. Erwin VII konsekwentnie przestrzegał ceremonialności ostatniego posiłku w ciągu dnia i traktował jako istotny element wspomnianego już, pielęgnowanego przez siebie kultu monarchii. Tym razem władca zasiadał do stołu wspólnie z wszystkimi obecnymi członkami rodziny. Początek tego szczególnego spektaklu wyznaczało nakrycie stołu. Służący w królewskiej liberii rozkładali porcelanową zastawę oraz złote i srebrne sztućce. Następnie, na honorowym miejscu, tyłem do kominka, ustawia się królewski fotel, w dalszej kolejności wnosi się krzesła dla pozostałych uczestników kolacji. W tym czasie powoli wypełnia się Wielka Jadalnia - zgodnie z protokołem, każdy dworzanin ma prawo wziąć bierny udział w królewskiej kolacji. Ponownie, jak przy przejściu na mszę, szczegółowe reguły określają, którzy urzędnicy nadworni mają prawo służenia monarsze przy stole: powtarza się ceremoniał wody i serwety, kolejno wnoszone są też, w barwnym korowodzie ozdobnych mis, półmisków i pater, poszczególne potrawy w liczbie około 50, podzielone na cztery zasadnicze dania, a to teoretycznie lekkie przystawki (choć dziś one same mogłyby stanowić główne danie), następnie pieczone mięsa, sałaty, desery i wreszcie - owoce. Hierarchia obowiązuje również obserwujących - utytułowane damy mają tzw. prawo taboretu, tj. prawo siadania w obecności króla na specjalnych taboretach, ustawionych w rzędzie naprzeciwko stołu królewskiego. Za nimi tłoczyli się pozostali dworzanie, często zresztą nie wystarczało miejsca dla wszystkich. Wówczas jedynym sposobem pokazania się władcy było zgłoszenie się u dyżurnego szambelana, licząc na jego przychylność. Całość kończyła się - tak jak i obiad - po około 45 minutach. Następnie monarcha przechodził do Wielkiej Sypialni, gdzie celebrował ostatni akt królewskiego dnia - coucher, uroczystość analogiczną do tej znanej już z opisu początku dnia, dokonywaną jednak oczywiście w odwrotnej kolejności. I tak jak rano, sztab dworzan, służby i medyków usługiwał zmęczonemu władcy, składał raporty, podawał nocną koszulę, by ostatecznie zaciągnąć kotarę baldachimu.

To w wieczornej porze dnia roboczego zaszły chyba największe zmiany. Po pierwsze, przesunęła się - absurdalnie według dzisiejszych norm późna - pora kolacji. Obecnie protokół przewiduje, iż ostatni posiłek dnia serwuje się o godzinie 19:00. Później zazwyczaj odbywają się audiencje. Ten niecodzienny układ dnia jest spowodowany, jak była o tym już wyżej mowa przy okazji przedstawiania trybu pracy przed południem, rozwojem własnych zadań administracji rządowej. W dzisiejszych warunkach, ministrowie muszą spędzać poranny czas w ministerstwach, kierując powierzonymi im urzędami, stąd - aby nie kolidować z przyjętym rytmem pracy - spotkania Króla z ministrami przesunięto na wieczorną porę. Ma to i tę pozytywną stronę, że w ten sposób uczestnicy audiencji zazwyczaj mają wystarczająco dużo czasu na gruntowne przygotowanie się i przedstawienie Królowi przynajmniej wstępnie przeanalizowanej propozycji. O tej też porze, jeżeli zarządzono akurat tzw. wielki ceremoniał, odbywa się dworskie przyjęcie, zazwyczaj na cześć goszczącego właśnie zagranicznego monarchy. Oficjalny dzień JKM kończy się w godzinę po zakończeniu uroczystości, gdy Król przejrzy wieczorne papiery przygotowane przez Kancelarię Królewską i wyda Marszałkowi dworu dyspozycje na dzień następny. I znowu ta ostatnia godzina, podobnie jak poranne lever, już tylko nazwą przypomina ceremoniał z czasów Erwina VII...

Oficjalnie zakończył się zatem dzień królewski. Wielkie Apartamenty nie pozostają jednak puste. Teraz to właśnie swoją codzienną pracę rozpoczyna służba, milczący świadkowie wielkiej i małej historii. Jej członkowie, dobrym starym zwyczajem swojej profesji, milczą na temat tego, co widzą...

powrót do góry >>

designed & coded by ghardin 2005