|
Był rok 1660. W północnej
części Morza Dreamlandzkiego niepodzielnie panował król
Dreamlandu Erwin VII. Gedańczycy i Rivijczycy, którzy jeszcze
200 lat wcześniej stanowili dla niego pewną konkurencję, wówczas
byli już jego poddanymi i strzegli Morza Dreamlandzkiego przed
ewentualnym najazdem zewnętrznym. Ponieważ jednak taki najazd
nigdy nie nastąpił, ich armie i floty wykrwawiały się w
starciach na południu archipelagu oraz w nieustannych walkach
wewnętrznych. Formalnie władzę nad nimi sprawowali namiestnicy
królów Dreamlandu wybierani dożywotnio przez miejscową
arystokrację. Właśnie – dożywotnio... W praktyce oznaczało
to, że elektorzy musieli się zbierać nawet kilka razy do roku,
ponieważ kolejni namiestnicy byli ulubionym celem nieznanych
zamachowców. Kim byli? Czy stronnikami innych rodów, poglądających
łakomie na tron w Gedanii, czy może agentami samego króla z
dalekiego Dreamopolis, któremu bynajmniej nie zależało na
stabilizacji we wschodniej prowincji państwa? Choć nie mamy na
to żadnych dowodów, prawdopodobieństwo jest duże, jako że
dreamlandzcy władcy konsekwentnie przestrzegali starej i
sprawdzonej w polityce zasady: tym jesteśmy silniejsi, im słabsi
są nasi sąsiedzi. Przyjrzymy się temu jeszcze wielokrotnie, śledząc
dzieje Układu Morburskiego, jednak na razie powróćmy do
Blacklock. Namiestnicy zmieniali się więc nader często, np. ze
wszech miar wyjątkowym roku 1627 elektorzy ani na chwilę nie
opuszczali stolicy, bowiem straciło wówczas tron aż 9 kolejnych
namiestników! Ledwo skończyły się uczty i narady z nowym władcą,
ledwo zamiejscowi elektorzy spakowali kufry, już trzeba je było
na powrót rozpakowywać i przygotowywać kolejną elekcję. Co
prawda drugiego roku tak obfitego w namiestników w Blacklock nie
było, ale jak głosi anegdota, służyli oni do sprawdzania
kompetencji królewskich doradców i astrologów. Każdego
kandydata władcy Dreamlandu pytali tylko, kiedy straci życie
kolejny namiestnik w Gedanii, i nie trzeba było długo czekać,
by przekonać się, czy to mąż rzeczywiście uczony, czy tylko
sprytny oszust.
W
tym samym czasie w południowej części Morza Dreamlandzkiego
rywalizowały ze sobą Morland, Furlandia, Elsynorczycy, no i
oczywiście król Dreamlandu Erwin VII, tyle że mieczami i
muszkietami Morlandczyków oraz wojsk z Blacklock. Kroniki
weblandzkie chętnie podkreślają udział tych zaborców w
pacyfikacji Wielkiej Wanty, co jednak najbardziej komiczne i
tragiczne zarazem, krok ten świadczy jedynie o bezsensowności
polityki namiestników Blacklock. Jak już wiemy, w ich przypadku
układanie długofalowych strategii mijało się z celem, w związku
z tym kierunki ich polityki wynikały głównie z...
przyzwyczajenia. Obecność sił gedańskich i rivijskich na tym
obszarze rozpoczyna rok 1446, kiedy to Piotr IV Stary postanowił
wzmocnić pozycję swego państwa, a zarazem wziąć w kleszcze
swych tradycyjnych wrogów Morlandczyków, i rozkazał swej flocie
i piechocie morskiej zająć przyczółki na północno-wschodnim
wybrzeżu Wielkiej Wanty, o parę mil zaledwie od wschodnich, słabo
bronionych brzegów morlandzkiej Efrytii. Siłą rzeczy ucierpiało
na tym terytorialnie Królestwo Ebruz Semitana II, ale nad tym
akurat Piotr IV szczególnie się nie zastanawiał. Niestety władca
ów miał pecha, ponieważ albo on sam, albo jego 3 kolejne żony
były niestety bezpłodne. Dość na tym, że gdy umarł, nie
zostawiając dziedzica, tron w Gedanii należał do Dreamlandu. A
co było potem, to już wiemy... Przyczółki Blacklock, czekające
na próżno na lepsze czasy, przestały już być solą w oku
Morlandu, za to drażniły księstwa Galador i Melador oraz
Elsynorczyków.
Dalsze wypadki nie dały na siebie długo czekać. W 1449 roku król
Dreamlandu Bond V wyprawił do Morburgu wspaniałe poselstwo z
propozycją wiecznego pokoju między Dreamlandem i Morlandem oraz
pozyskania ziem na Wielkiej Wancie. Bond V doskonale zdawał sobie
sprawę, że kunsztowne stroje posłów, pełne koronek i klejnotów,
przyjacielskie dary wyceniane na niebagatelną nawet dziś sumę
5000 dreamów oraz formalne uznanie króla Morlandu Hermana II za
równorzędnego partnera niewątpliwie zrobią na nim wrażenie. I
faktycznie zrobiły, bo rok później Morlandczycy zajęli Księstwo
Melador, a wojska Blacklock w służbie króla Dreamlandu ruszyły
ze swych przyczółków i podbiły Galador. Było to tym łatwiejsze,
że oba księstwa ledwie przed rokiem zakończyły 13-letnią
bratobójczą wojnę. W celu wyeliminowania rodów panujących
tych ziem, wkrótce Melador II został oskarżony o czary i
spalony na stosie wraz z całą rodziną, zaś Galador II okazał
się heretykiem i również nie uniknął stosu. Jego małżonkę
w drodze łaski uduszono garotą, dzieci podobno zmarły na
influenzę, a bracia po prostu zaginęli bez wieści. Z okazji
zwycięstwa 12 października 1550 roku odbyła się przed pałacem
w Dreamopolis parada elitarnej gwardii solardzkiej, mimo że od
stuleci z nikim nie walczyła, natomiast oddziały z Blacklock
pozostały na Wielkiej Wancie, pilnując królewskich zdobyczy i
szukając ukrytych zapasów żywności u wieśniaków, dla których
plądrowanie stało się niemal tak naturalne jak wiosenne burze.
Co jeszcze bardziej interesujące, zwierzchnictwo nad stacjonującą
tu armią objął wprawdzie podnamiestnik Blacklock Hutor
Rivijczyk, ale podatki odprowadzał nie do Gedanii, ale dla
prezerwacji większej do Dreamopolis. Faktycznie, wystarczy
spojrzeć na mapę, by stwierdzić, że tak było bliżej...
W końcu w 1660
roku, o którym zresztą od początku usiłujemy opowiedzieć,
rozpoczął się bunt mieszczan galadorskich pod wodzą Letriba,
burmistrza Galadoru (dziś noszącego jego imię). Cóż, bunt
mieszczan już sam w sobie był podwójnie nielegalnym zamachem
stanu – podważającym prawa z woli Bożej miłościwie panującego
Erwina VII oraz niepisane prawo, że nielegalne zamachy stanu mogą
być dziełem jedynie arystokratów. Gdy w dodatku Letrib nadał
sobie go tytuł księcia Galador, tego już było za wiele nie
tylko Erwinowi VII, ale nawet panom Morlandu, Gedanii i Rivii. Tym
razem król Dreamlandu nie wysyłał już posłów, ale osobiście
udał się do Morburga. Morburg dotychczas przyjmował tylko
jednego władcę Dreamlandu – cesarza Ulrycha Wielkiego, który
w IX w. osobiście ustanowił to miasto siedzibą arcybiskupa,
jednak najwyraźniej nie wyszedł z wprawy, bo Erwin VII był
powitaniem autentycznie poruszony. Pisał do żony co następuje:
Jeszczem nie ujźrzał miasta w całej jego krasie, a już poczęły
bić dzwony kościelne i bić armaty, bo okręty nasze ze wzgórza
już wprzódy zauważone były. Natenczas na powitanie ukazała się
flota, a każdy okręt prócz flagi króla swojego i naszą miał
na maszcie. Gdybym spodziewał się, jaką miłością osobę naszą
Morland cały darzy, wcześniej już, nie czekając na te wypadki
wszeteczne, układ z nim bym ten braterski uczynił. Wzruszenie
osoby królewskiej to zawsze miły akcent dla Czytelnika, jednak
już w czasie rozmów z królem Morlandu Hoggurtem II gość wrócił
do dawnej formy. Podyktowany przez niego Układ Morburski na 300
lat określił, jaka władza jest legalna, a jaka nie. Tak w
archipelagu na Morzu Dreamlandzkim powstała międzypaństwowa
policja. Władca Dreamlandu był jej inspektorem, król Morlandu
komisarzem, a namiestnik Blacklock... posterunkowym.
Pełny tekst Układu Morburskiego, przynajmniej o ile wiadomo, nie
zachował się do naszych czasów. Ale i tak prawdopodobnie byłoby
to dzieło nazbyt ciężkostrawne dla dzisiejszego czytelnika. Po
zwyczajowym wyliczeniu godności i zasług wszystkich
sygnatariuszy następowała długa i równie nudna co pouczająca
lista ziem wysp Solardii, obu Temerii, Rivi, Redanii, Efrytii i
pomniejszych po wieczne czasy określająca, co jest czyje i
zamykająca raz na zawsze terytorialną przepychankę między
dwoma ważnymi (Dreamland i Morland) i trzecim mniej ważnym
sojusznikiem (Blacklock). Najciekawsze było jednak dalej – układ
sankcjonował podział północnej i środkowej części Wielkiej
Wanty na pół, część południową czynił morlandzką, zaś
Furlandię dreamlandzką strefą wpływów. Oznaczało to mniej więcej
tyle, że póki obaj władcy nie zdecydują się ich podbić, mogą
urządzić w nich sobie wcale atrakcyjne rynki zbytu. Na koniec
zobowiązano się do pomocy zbrojnej na każde żądanie legalnego
władcy Dreamlandu bądź Morlandu, zaś w przypadku jego uśmiercenia,
zanim o tę pomoc wystąpi – do natychmiastowej interwencji w
imię sprawiedliwości i ładu. Układ podpisali w Morburgu 8
lipca AD 1660 królowie Erwin VII i Hoggurt II, a w imieniu
Blacklock przyjął go do wiadomości namiestnik Sigmund Gedańczyk.
Tego samego dnia królowie wydali armiom rozkaz zaatakowania
zbuntowanych miast galadorskich, po czym zasiedli do zasłużonej
wieczerzy. Być może miły nastrój wieczoru psuł trochę fakt,
że Erwinowi VII – z przyczyny kataru żołądka i zaleconej
przez medyków diety – gotował nie kuchmistrz morbuskiego
dworu, lecz jego własny, ale nic nam nie wiadomo o złośliwych
domysłach, że władca z Dreamopolis po prostu bał się...
otrucia.
Gdy połączone floty lądowały już pod Galadorem, a uczta w
Morburgu nadal trwała, Sigmund Galadorczyk ośmielił się
wreszcie przemówić do swego króla. Tu niezbędny niewielki wtręt
rodem z powieści psychologicznej – ten namiestnik Blacklock był
światłym i wykształconym człowiekiem, mecenasem sztuki, a
nawet poetą. Tym bardziej więc zdawał sobie sprawę, że co by
nie zrobił, na złe musi się obrócić. Sankcjonując umowę,
jedząc i pijąc jak wszyscy, mógł być pewien śmierci wielu
swoich żołnierzy i zarzutu, że nie zrobił nic, aby mieszkańcy
Blacklock ginęli w nieswoim interesie. Z kolei próbując temu
zapobiec, narażał się na to, że przeciwnicy ogłoszą, iż za
darmo oddał przez setki lat krwią Gedańczyków i Rivijczyków
bronione ziemie na Wielkiej Wancie. Postanowił jednak się odezwać.
W dwornych i kwiecistych słowach zapytał, czy jego umęczeni ciągłą
walką ludzie nie mogliby zostać wymienieni na wypoczęte oddziały
solardzkie. Może przeważyła jego poetyczna natura? A może
liczył na to, że gdy powróci do Blacklock na czele południowej
floty, to łatwo poradzi sobie z domowymi wrogami? To już
bardziej pole do popisu dla powieściopisarza niż historyka, tym
bardziej, że nic nie uzyskał. Erwin VII przebiegle wykręcił się
modną wówczas Kroniką Furldzką, przytaczając omyłkę Kanuta
XXIX, który wylądowawszy na Rivii zamiast Starej Temerii,
powiedział, czując się oszukany: Panowie, tu jest tylko piach,
i powrócił do domu. Bacz Waszmość Sigmundzie, obyś i ty tak
nie postąpił – dodał ponoć król. Sigmund Gedańczyk skłonił
głowę i kilka dni potem wrócić do Gedanii. Panował tam względnie
spokojnie jeszcze przez kilka miesięcy, po czym któregoś dnia
napił się wina i... skonał nazajutrz w konwulsjach.
Tymczasem połączone siły Morlandu i Blacklock skutecznie spychały
buntowników na południe Wielkiej Wanty, aż w końcu zmusili ich
do ucieczki na teren Królestwa Elsynor. Tam armie się zatrzymały
i plądrowaniem wsi uczciły swój triumf. Dlaczego nie poszły
dalej za uciekającymi? Tu przyjść nam z pomocą mogą dwie
teorie. Pierwsza – taktyczna – powie, że dowódcy nie chcieli
odwodzić wojsk zbyt daleko od głównych dróg zaopatrzenia. Czy
jednak statki z zaopatrzeniem nie mogły popłynąć te parę mil
dalej na południe? Pewnie mogły... Dlatego dopuśćmy do głosu
również teorię romansowo-polityczną: król Erwin VII, pochował
swoją trzecią furlandzką żonę i zapragnął tak odmiany, jak
nowej strefy wpływów dla swojej dalekosiężnej polityki.
Wymarzoną kandydatką na nową małżonkę władcy mogła być
tylko królowa powstałego zaledwie 4 lata wcześniej Królestwa
Elsynor – Arona. Pokojowa unia tych państw nie tylko spowodowałaby
zamknięcie ze wszech stron Archipelagu Dreamlandzkiego
solardzkimi flotami, ale również wzięłaby w kleszcze silny bądź
co bądź Morland. W końcu każdy układ smaczny tylko, póki świeży,
a potem kto wie, komu się wcześniej znudzi... Tak więc król
Dreamlandu nie chciał przekraczać elsynorskich granic,
przynajmniej tak długo, jak opłacało mu się uważać je za
legalne. Czy jednak Erwin VII zestarzał się i przestał myśleć
równie sprawnie jak dawniej, czy też w porównaniu z
buntownikiem Letribem wydawał się mało atrakcyjny, królowa
oraz burmistrz-samozwańczy książę już późną zimą 1661 (łamiąc
kolejne niepisane prawo, że wojny zaczyna się na wiosnę) wyszli
na czele wojsk poza granice Elsynoru i rozpoczęli zwycięski masz
na północ. W 1664 roku wyparli wrogie wojska z wyspy i ogłosili
całą Wielką Wantę terytorium Unii Weblandu. Jak w
hollywoodzkim filmie wkrótce potem nastąpił ich ślub, a rok później
urodził się ich pierworodny syn Elsynor. Tak skończyła się
historia pierwszej wielkiej porażki Układu Morburskiego i Erwina
VII. Taki był też koniec południowej floty Blacklock, bowiem
morlandzki marszałek Fletterheim powierzył jej rolę tylnej straży
podczas ewakuacji wojsk Układu na Efrytię. Gdy upokorzona armia
uciekała z Weblandu, osłaniała ją najpierw piechota morska
Blacklock, a gdy już piechoty zabrakło, ginęli nawet
marynarze... Do kraju powróciła tylko fregata Henryk Dominator z
ledwie 17 ludźmi na pokładzie.
Aby uzasadnić, że historia jest czymś więcej, niż tylko
opowiadaniem o starych dziejach, często każe nam wierzyć, że
rządzi się logiką i koniecznością. Być może, ale nie w
przypadku Układu Morburskiego. Logika, która nakazywałaby myśleć,
że upokorzony i nieskuteczny sojusz rozpadnie się zaraz po klęsce
pod Geladorem, w tym wypadku pomyliła się. Mylił się również
Erwin VII, sądząc, że gdy pakt ten straci świeżość, znudzi
się którejś ze stron. Układ Morburski istniał dalej. Stracił
może swą inicjatywną rolę, musiał pogodzić się z istnieniem
nowego państwa w basenie Morza Dreamlandzkiego, jednak nadal pełnił
swą policyjną rolę. Narzucił wysokie cło na weblandzkie złoto
i srebro oraz w 1703 roku zmusił króla Letriba do podpisania
zgodny na kontrolę weblandzkich statków, które oddaliły się
na więcej niż 2 mile od wybrzeży Wielkiej Wanty. Tym razem
najlepiej wyszedł na tym położony najbliżej Morland. Po
pierwsze, jego okręty nie musiały nawet daleko odpływać, by
znaleźć jakiś przemytniczy statek i skonfiskować jego ładunek.
Po drugie, gdy jednak jakiemuś kapitanowi udało się wymknąć
patrolom, lądował przeważnie na zachodnim brzegu... Morlandu,
bo tam najbliżej i względnie najbezpieczniej mógł sprzedać
nielegalny towar. Nieprzypadkowo właśnie na 1. połowę XVIII
wieku przypada początek wielu weblandzkich fortun przemysłowych
i bankowych, zasilanych tak dzięki wzrostowi dochodów państwa,
jak i przemytowi.
Zanim
po raz kolejny nasz historyczny teatr podniesie kurtynę, w
przerwie przenieśmy się na chwilę do Weblandu. Na
zachodnim wybrzeżu Wielkiej Wanty leży niewielkie portowe
miasto Kasana. Dosłownie 4 ulice na krzyż, w środku mały
rynek z ratuszem, po lewej port, po prawej dworzec kolejowy.
Nic nie zdradza doniosłości historycznej tego miejsca i
pewnie mało kto prócz dumnych z przeszłości mieszkańców
miasteczka wie, że była to pierwsza stolica zjednoczonego
i wolnego Weblandu założona przez Elsynora I, syna Arony i
Letriba. W miejscu dzisiejszego portu (XVIII-wieczny port leżał
nieco w głębi zatoki) wznosił się fort z setką dział.
Webland do dziś upamiętnia swoich bohaterów, nazywając
ich imionami co tylko można. Również działa z fortu w
Kasanie ponazywano na cześć najdzielniejszych z poległych
– wielkie kolumbryny imionami generałów, mniejsze oficerów,
a najmniejsze przenośne armatki wachmistrzów lub nawet
prostych żołnierzy. Gdyby choć część tej
artyleryjskiej księgi pamięci przetrwała po dziś dzień,
już sam opis armat byłby pięknym materiałem dla
niejednego historyka... Ponoć przy dobrej pogodzie król
osobiście wizytował fortecę, sprawdzał warty i spoglądał
w stronę Wielkiej Furii – największej wyspy Furlandii.
Dziwny to był kraj, można powiedzieć, że zapomniany
przez historię, a potem zbudzony jakby z zimowego snu...
Jak Japonia miała swoją wyspę Hokkaido, a Stany
Zjednoczone Ameryki Dziki Zachód, tak Archipelag
Dreamlandzki miał swoją Furlandię, gdzie od wieków
szukali schronienia wszyscy, którym w rodzinnej ziemi było
za ciasno albo – powiedzmy – za gorąco. Być może
przyszłe badania historyczne (o ile nam wiadomo, są takowe
prowadzone również przez Furlandczyków) powiedzą nam coś
więcej o losach słynnych wygnańców. Tu może wspomnijmy
tylko o najbardziej znanym Michale Lipskim. Czy przypominasz
sobie, Czytelniku, ów rekordowy rok 1627, kiedy to w
Blacklock nastało kolejno po sobie aż 9 namiestników?
Michał Lipski był właśnie jednym z nich, a opowiadamy o
nim osobno tylko dlatego, bo nie umarł we śnie jak
pozostali. Być może jako znawca alchemii i magii, a także
nienajgorszy astrolog dobrze wiedział, co się święci i
jakie antidotum należy zapobiegawczo pić do kolacji. Być
może miał po prostu szczęście. W każdym razie po jednej
nieudanej próbie otrucia nie czekał na kolejną, lecz
uciekł do Furlandii. Przebywając na dworach w Segali, a
potem w Alhambrze, przyczynił się znacznie do rozwoju tych
ziem. Wprawdzie Historia Blacklock za Kroniką Furldzką
wspomina tylko o jego pracach nad afrodyzjakami i alchemią,
ale nowsze badania sugerują raczej, że ta zaginiona
niestety kronika była raczej powieścią z kluczem niż
pracą historyczną w dosłownym sensie tego słowa. Właśnie
w latach 30. XVII w., gdy Michał Lipski przebywał w Segali,
furlandzkie księgi parafialne po raz pierwszy odnotowały
gwałtowny wzrost liczby narodzin. Oczywiście jego główną
przyczyną w żadnym wypadku nie mogły być mikstury
Lipskiego, a bardziej już jego prace w dziedzinie chemii. W
pobliżu Segali od dawien dawna ludzie wydobywali i
wytapiali rudę żelaza, jednak dopiero dzięki temu obcemu
uczonemu w miejsce prymitywnych dymiarek i warsztatów
powstały nowoczesne jak na owe czasy manufaktury produkujące
najlepszą stal w całym archipelagu. Odtąd Furlandia
przestała być już wyłącznie rynkiem zbytu dla
dreamlandzkich kupców, ale i sama zaczęła eksportować
broń, narzędzia i inne wyroby żelazne. Michał Lipski, który
przypłynął do Furlandii zaledwie z kilkoma księgami i
prawie bez pieniędzy, niemal z dnia na dzień stał się
bogaty. Z perspektywy klasztornego skryptorium, gdzie
powstawała Kronika Furldzka, musiało to wyglądać co
najmniej podejrzanie, stąd nieznany autor przypisał jego
dochody alchemii, a nie przedsiębiorczości, bowiem przedsiębiorczość
w ówczesnej Furlandii była jeszcze prawie zupełnie
nieznana. Ale oblicze kraju zmieniało się niemal błyskawicznie.
W ciągu około 40 lat przemożna dotąd przewaga importu
nad eksportem skurczyła się do kilku procent, a nawet –
jak szacują niektórzy historycy – już około roku 1665
eksport zaczął przeważać. Nie ulega natomiast wątpliwości,
że na początku XVIII w. stal furlandzka zdominowała rynki
w basenie Morza Dreamlandzkiego. I dodajmy rzecz jeszcze
jedną – właśnie w XVII w. ustała trwająca od stuleci
silna aktywność tektoniczna Wielkiej i Małej Furii, do
tej pory skutecznie ograniczająca możliwości rozwoju tych
ziem. I tak dzięki obcemu emigrantowi, rudzie żelaza i
uspokojeniu się Furii nagle na południowym zachodzie Morza
Dreamlandzkiego zaczęła rosnąć nowa potęga. To na nią
właśnie spoglądał Elsynor I z murów swojej kasańskiej
fortecy, snując zapewne plany lądowania, bitew i oblężeń...
Jednak Furlandia rosła w siłę znacznie szybciej niż
Webland – wysysany ze wszystkich stron przez zaporowe cła
Układu Weblandzkiego. I to nie wojska weblandzkie pierwsze
wylądowały na Wielkiej Furii, ale furlandzkie na Wielkiej
Wancie. Było to w 1784 roku, gdy Elsynor II reformował właśnie
armię i kraj miał gorszą obronę, niż kiedykolwiek. Wcześniej
jednak Eryk III udał się do Dreamopolis, by upewnić się,
czy wojska układu pozostaną bezstronne. Obawiał się zwłaszcza
tego, że silniejsi konkurenci zechcą się do niego przyłączyć
i po rozbiorze Wielkiej Wanty to im przypadną regiony złotonośne,
a Furlandii... co najwyżej Puszcza Ciżna. Jednak Dreamland
pod rządami Tomasza II był zbyt zajęty mordernizacją
kraju, Blacklock Marcina Sprawiedliwego zbyt wyniszczony kończącą
się ostatnią wojną domową, a Morland Grega III zbyt
zadowolony z pomyślnej koniunktury gospodarczej. Eryk dostał
więc wolną rękę w sprawie Weblandu w zamian za korzystne
dla Układu dostawy broni. Miesiąc później, w październiku,
na całej długości wschodniego wybrzeża Wielkiej Wanty,
od Kasany aż prawie po Puszczę Ciżną zaczęły lądować
furlandzkie pułki saperów, piechoty, w końcu jazdy i
artylerii, aż wylądował na koniec sam król Furlandii
Eryk III. Niemożliwa zdawałoby się do zdobycia twierdza w
Kasanie, obsadzona jednak niedoświadczoną załogą, nie była
w stanie prowadzić skutecznego ostrzału. Co więcej – to
właśnie jej kanonada, a nie działania wrogów doprowadziły
do wielkiego pożaru, który strawił całe miasto. W końcu
seria wielkich wybuchów zniszczyła również fundamenty
fortecy. Furlandzcy minerzy podeszli pod nie dzięki sieci
miejskich kanałów. Do 1790 roku wojska furlandzkie opanowały
całą południową część Wielkiej Wanty, a także środek
wyspy do rzek Altara, Benebruz i jeziora Galador. Król
Elsynor II wycofał się początkowo na północ kraju do
miasta Letrib, zwanego wcześniej Galadorem, a w 1798 r. –
wbrew sprzeciwowi doradców – przeniósł sztab do Ebruz.
Po bohaterskiej obronie miasta latem 1799 r. i odrzuceniu
nieprzyjaciół znów na prawy brzeg rzeki Benebruz miasto
nazwano jego imieniem. W 1801 r. król został jednak
zmuszony do podpisania traktatu nazywanego przez
historiografów I pokojem pod Elsynorem. Dlaczego pierwszym?
Bo choć Webland poniósł bez wątpienia klęskę, zaczęły
dawać o sobie znać sukcesy reformy armii Elsynora II,
bowiem doświadczeni żołnierze samorzutnie zaczęli tworzyć
z miejscowych rekrutów oddziały partyzanckie. Sprzyjała
im znajomość terenu oraz bezkresna Puszcza Ciżna, do której
Furlandczycy woleli się nawet nie zapuszczać. Gdyby nie
ich działalność na tyłach wroga, prawdopodobnie I pokój
nie nazywałby się pod Elsynorem, ale pod Letribem, jeśli
w ogóle nie mówiono by o nim kapitulacja. Ataki partyzantów,
od których król Elsynor II oficjalnie się odcinał,
prowokowały jednak Eryka III do wypraw odwetowych, po których
zawierano i zrywano kolejne pokoje.
Przez 70 lat 3 policjanci Morza Dreamlandzkiego –
Dreamland, Morland i Blacklock – przyglądali się
sytuacji na Wielkiej Wancie, zanim zdecydowali się
interweniować. W tym czasie Webland spotkały 2 nad wyraz
smutne wydarzenia... W 1838 r. przejeżdżał w pobliżu
Puszczy Ciżnej niewielki oddział furlandzkiej lekkiej
kawalerii, a zaledwie o kilka mil w głębi lasu dowódca
partyzantów, zarazem syn Elsynora II Karol wizytował leśne
oddziały. Gdy zwiadowcy przynieśli wiadomość o przejeżdżających
wrogach, dowódca oddziału ogłosił alarm, zaś królewski
syn postanowił obserwować akcję. Zaskoczeni furlandzcy
kawalerzyści dali się roznieść na szablach w ciągu
niespełna godziny, traf jednak chciał, że zabłąkana
kula dosięgła Karola. Zginął na miejscu. Dowiedziawszy
się o tym, Elsynor II ponoć w ciągu jednej nocy przemienił
się z silnego, choć niemłodego mężczyzny, w niedołężnego
starca. Zmarł 2 lata później, a ponieważ nie zostawił
następcy, rozpoczął się najtragiczniejszy w historii
Weblandu okres bezkrólewia. Przez 10 lat oddziały
partyzanckie nie tylko walczyły z najeźdźcą, ale i
nierzadko między sobą, a przywódcy leśnych oddziałów
licytowali się w zasługach i oskarżali wzajemnie o zdradę.
Nareszcie w 1850 r. sejm konwokacyjny wybrał na króla gen.
Samanti, zwanego odtąd Samanti I. Stworzył on Armię
Wyzwolenia Weblandu i zaczął wypierać Furlandczyków w
stronę zachodniego brzegu. Po 4 latach walk król Furlandii
Stefan IV poprosił Układ Morburski o pomoc i przywrócenie
ładu w zbuntowanej prowincji. Pomoc przyszła szybko, choć
liczebność wojsk interwencyjnych wiele mówi o
rzeczywistych zamiarach króla Wacława Dreamlandczyka. Nie
opodal Kasany wylądowały bowiem zaledwie 2 pułki
morlandzkiej piechoty i 1 działon artylerii z Blacklock.
Wojska z Dreamlandu tradycyjnie nie uczestniczyły w
walkach.
14 lutego 1870 r. stała się rzecz przedziwna, która nie
tylko zaskoczyła wielu ówczesnych polityków, ale i zatrzęsła
całym Układem Morburskim. Oto król Samanti I zrzekł się
korony Unii Weblandu na rzecz Wacława Dreamlandczyka.
Jednym ruchem pióra Webland stał się dreamlandzką
prowincją, co wydawało się przesądzać o tym, że wojska
Układu nagle zmienią front. Tak jednak się nie stało.
Sojusznicy Dreamlandu poczuli się po pierwsze zdradzeni, po
drugie namiestnik Blacklock Artur von Geda liczył na
odbudowanie strefy wpływów na południu, a po trzecie król
Morlandu – potomek zwycięskiego generała spod Mariboru
– Winter von Gwynbleidd wiedział, że silny Webland to
koniec morlandzkiej prosperity. Na koniec i po czwarte
wszyscy zdawali sobie sprawę, że po wchłonięciu Weblandu
dreamlandzki król stanie się już niezaprzeczalnym władcą
całego archipelagu, a niezależność dotąd wolnych królestw
będzie już tylko iluzją. 13 marca na północy Wielkiej
Wanty wylądował Dreamlandzki Korpus Ekspedycyjny w sile 5
dywizji piechoty, 8 szwadronów kawalerii i 2 batalionów
artylerii. Na wschodzie od 20 marca morlandzkie okręty, a
nawet statki handlowe zaczęły wysadzać świeże oddziały
z Morlandu i Blacklock. 15 kwietnia 1870 r. niedawni
sojusznicy podeszli pod przeciwne brzegi rzeki Benebruz. Nad
ranem 16 kwietnia rozpoczęła się kanonada dział, a pod
straszliwym ogniem saperzy po obu stronach rozpoczęli
budowanie mostów. Dopiero na trzeci dzień połączone siły
weblandzkie i dreamlandzkie przedostały się na prawy brzeg
rzeki i odrzuciły nieprzyjaciół na południe. Pod koniec
roku walki przeniosły się już na Wielką Furię i
Weblandczycy rozpoczęli swój wielki odwet. Furlandia płonęła...
W 1875 roku wojska ekspedycyjne z Blacklock i Morlandu zostały
doszczętnie rozbite, natomiast spieszące z pomocą posiłki
dreamlandzka flota utopiła w Zatoce Netawskiej. 3 lipca
Weblandczycy i Dreamlandczycy zagrozili Alhambrze, a 19
lipca król Furlandii Stefan IV dostał się do niewoli.
Podpisany wkrótce traktat pokojowy przyznał Weblandowi
ziemie na południowym zachodzie Wielkiej Furii, a
Dreamlandowi... odrodzenie Układu Morburskiego. Nowy Układ
Morburski został podpisany 6 września w Morburgu, którego
ulicami przechadzały się dreamlandzkie i weblandzkie
patrole... Odtąd król Dreamlandu był wodzem wszystkich
armii państw archipelagu, zarówno we własnych
prowincjach, jak i niepodległych państwach
sprzymierzonych. Mówiąc wprost – nie była to już umowa
o pomocy wojskowej, ale początek zjednoczonego, choć
zdecentralizowanego Dreamlandu, jaki znamy obecnie. Tylko
raz jeszcze, w 1901 r., Układ Morburski wystąpił w
teatrze historii, gdy morlandzki generał Damian Krwawy stłumił
w Blacklock komunistyczną rewoltę i ponoć osobiście
powiesił jej przywódcę Krzysztofa Kefasa. Ironia historii
– Układ Morburski, który ani razu nie odniósł pełnego
zwycięstwa militarnego, zatriumfował w pełni dopiero w
akcji czysto policyjnej. Świętując zwycięstwo na ulicach
Gedanii, nieświadomie świętował też swój koniec. Wkrótce
wszystkie wyspy na Morzu Dreamlandzkim stały się ziemiami
króla z Dreamopolis i Układ stracił rację bytu. A sam
Morburg na długie lata stał się stolicą zapomnianej
Dreamlandzkiej prowincji. |
| Dzieło
autorstwa Bzerolka de Kakucia wydane przez Wydawnictwo
Plegolal. |
|