Nr 40
Arona, grudzień 2006
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10

Wspomnień żar

Gdy w lipcu 2001 roku na ulicach Arony pojawiła się nowa gazeta, nikt nie miał wątpliwości, że wkrótce wkomponuje się ona w krajobraz dreamlandzkiej publicystyki. Teraz przychodzi nam świętować już 40 wydanie "Głosu Weblandu", która swoją zawartością imponowała i śmiało konkurowała z "Kurierem Morlandzkim", czy wydawanym przez Kriega OKNEM. Nie zapominajmy przy tym o świetnych "Listach" Mirochy, czy zaskakujących i kontrowersyjnych "Supereksfaktach". Odkurzmy też kilka wydań "Euterpe", "Scriptores", "Bryzy", "NordAlmu", które bądź co bądź zagościły na naszej scenie wydawniczej, jednak ich światło dość szybko zgasło.

    Jednak płomień, który zapalił JKW eMBe nie zgasł, ale przez długi czas świecił pięknym blaskiem na dreamlandzkim niebie. Czasami zdarzało się, że ów blask ciemniał, a nawet zakrywały go chmury. Mimo to zawsze było pewne jak wschód słońca o poranku, że z Weblandu wydobędzie się jeszcze Głos.

    Przyszło mi współpracować z "Głosem Weblandu" od czasu naczelnego Klimczaka, w czasie niesamowitej aktywności Bogusia i obecności ojcowskiej ręki eMBe. W tym okresie gazeta wydawana była regularnie. Zresztą rynek prasowy na przełomie 2003/2004 roku miał się bardzo dobrze. Świadczy o tym liczba tytułów, które wtedy drukowano, a źródłem prestiżu dla prowincji było mieć swoją własną gazetę czy czasopismo.

    Tak sobie teraz myślę, że wracający z sylwestrowego balu w redakcji pracownicy "Głosu" musieli zabłądzić i zaginąć w czeluściach nicości. Kolejny numer ukazał się w maju 2005, a następny w sierpniu i to tylko dzięki upartemu naczelnemu, którym w tym okresie był już Jacques de Brolle. "Listy" też w niedługim okresie już nie przychodziły, a jeśli dobrze pamiętam Krieg zamknął OKNO i świeży dopływ tlenu do naszych mózgownic, które bądź co bądź lepiej trawiły kilka linijek reportażu czy felietonu, niż tonę wiadomości przesyłanych przez pocztę i listę dyskusyjną. Jak pisał wspomniany wyżej naczelny w numerze 37: "Obecność "Głosu Weblandu" na dreamlandzkim rynku prasowym datuje się od połowy roku 2001. Poważniejszym stażem pochwalić się mogą jedynie megality na podletribskich wzgórzach, królewskie dęby w weblandzkiej Puszczy Ciżnej oraz ich dostojny rówieśnik - arcyksiążę Nimitz, odwieczny przyjaciel monarchów i pierwszy gospodarz naszej świetnej krainy".



    Czas odświeżyć maszyny do pisania, mości panowie! Wrzućcie do teczki kilka sztuk papieru oraz ołówki i zwiedzajcie, piszcie o tym co widzicie. Przecież Dreamland zmienia się ciągle, ukazując nam nową twarz w nieustającej układance zdarzeń i dat. Pytajcie i mówcie o tym, co ważne i nie ważne, ale mówcie.

    Kiedy kilka lat temu wchodziłem do redakcji Głosu to panował tutaj taki entuzjazm, jakbyśmy przed pięcioma minutami wygrali igrzyska. Bo wygrywaliśmy - wydawaliśmy gazetę, która dla nas była kolejnym medalem i miejscem na podium. Dziś wchodząc do tej samej redakcji w Aronie widzę tylko naczelnego Medgara de Ramę, który poleruje stare medale.


(Kazio Wichura)

Kolistość wszechrzeczy
(część II)

System Dreamlandu przedekorrskiego upadł dlatego, że Dreamlandczycy dostrzegli konieczność ewolucji, dostosowania się do modelu państwa prawa, oparcia się na silnym fundamencie paragrafu, tym bardziej, że po Traktacie Federacyjnym w tym zakresie panowała ogromna luka. Jednak zgodnie z wszelkimi historycznymi regułami gry, Dreamland ekorrski nie będzie wieczny i upadnie również. Jesteśmy właśnie świadkami początku tego upadku. "Zmierzch bogów", Götterverdammerung - to się już dokonuje.

    Pierwsza teza: demokracja nie jest najlepszym ustrojem w państwie wirtualnym. Coraz częściej można spotkać się z tym punktem widzenia i w zasadzie trudno się z nim nie zgodzić. Rzeczywiście, organy przedstawicielskie w państwach wirtualnych działają często w sposób daleki od ideału, naruszając tym samym samą podstawę demokracji. W Izbie Poselskiej VI kadencji brak jakichkolwiek osobistości, brak dyskursu politycznego i woli działania. Jeśli Izba w ogóle pracuje, to tylko siłą inercji. Posłowie często nie głosują, a jeśli głosują, to i tak nie czytają projektów ustaw, nie przeprowadzają jakichkolwiek debat, nie ustalają wspólnych stanowisk klubów parlamentarnych. Nic dziwnego zatem, że wielu Dreamlandczyków zaczyna dostrzegać konieczność reformy dokładnie odwrotnej niż te, które dokonywały się w czasie panowania Artura Piotra. Należy ograniczyć wpływ Izby Poselskiej na życie polityczne, uniemożliwić jej blokowanie funkcjonowania państwa, najlepiej także zmniejszyć ją liczebnie i pozostawić kadłub. Być może w ogóle zlikwidować i przenieść cały ciężar władzy na króla, senat i rząd.

    Druga teza: rozbudowane, skomplikowane prawo, które niewiele osób jest w stanie zgłębić, jest problemem, a nie atutem. Baza Prawna Sądu Królestwa zawiera prawie siedemdziesiąt różnych ustaw, ponad sześćdziesiąt dekretów i ponad setkę rozporządzeń. Sporo jak na tak relatywnie niewielką społeczność, tym bardziej, że część z tych aktów prawnych z różnych powodów nie jest stosowana w ogóle lub prawie w ogóle - jak ustawa o postępowaniu administracyjnym lub o działalności gospodarczej, inne zaś posiadają błędy. Sztandarowym przykładem niedostosowania naszego systemu prawnego do realiów jest Rzecznik Praw Obywatelskich, organ konstytucyjny, który od czasu wejścia w życie obecnej ustawy zasadniczej, tj. od 1 lipca 2002 roku nie został powołany ani razu i nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się zmienić. Powoduje to u wielu obywateli przekonanie, że należy odchudzić nasz system prawny, dokonać liposukcji. Według wielu obywateli i polityków życie polityczne Dreamlandu jest już dość nasycone paragrafami, by nie skazywać się na dalsze kostnienie systemu wciąż utwardzanego niestosowanym prawem. Prawo powoli przestaje pełnić rolę głównego fundamentu państwa, co oznacza oczywiście, że konieczne stanie się znalezienie ideałów kompensacyjnych.

    Trzecia teza: w państwie wirtualnym, traktowanym jako szczególny rodzaj gry RPG, nie ma sensu utrzymywać zasady poszanowania praw jednostki. Erozję tego ideału zawdzięczamy Luke'owi Woody'emu, zwanemu Łukaszem Drewniakiem, każącemu nazywać się Erykiem Księciem Bez Ziemi, byłemu szefowi Królewskich Służb Informatycznych, który dziś walczy z państwem dreamlandzkim za pomocą wszystkich dostępnych sobie środków. Obywatele zadają sobie pytanie: po co on trwa w Dreamlandzie, skoro mu się tu nie podoba? Czy nie normalniejszą koleją rzeczy byłoby wycofanie się w momencie, w którym zabawa przestaje dawać radość? Woody'ego tymczasem bawi właśnie walka. Swoje żale wylewa na liście dyskusyjnej, prowokuje do kłótni, z uporem godnym lepszej sprawy usiłuje udowodnić swoje racje stawiając się na pozycji obrońcy praw "szarych obywateli" - nie zwracając uwagi, że do tak definiowanej grupy społecznej "szaraków" należy tylko on sam. Wychowani w legalistycznym duchu arturianizmu obywatele zaczynają dumać nad sensem stosowania się do zasad poszanowania praw każdej bez wyjątku jednostki, nad ochroną mniejszości i widzą, że w państwie wirtualnym zasady

te nie muszą wcale umacniać państwa. Jak mawia pewna wysoka osobistość związana z Pałacem Królewskim, jeśli ktoś jest denerwujący, to należy go wyrzucić. Dlatego właśnie, że jest denerwujący. Nie potrzeba dumać nad kodeksem karnym. A więc wyrzucamy z piaskownicy.



    Następuje zmęczenie materiału. Dreamlandczycy czytają listę dyskusyjną i dochodzą do wniosku, że atmosfera byłaby lepsza, gdyby Woody'ego uciszyć. Wyrzucić, zbanować, wyeliminować, wypisać z rejestru mieszkańców i zdekapitować. W państwie prawa nie jest to możliwe, ale skoro nie jest możliwe, może właśnie należałoby dostosować zasady rządzące państwem do bieżących potrzeb? Może państwo wirtualne nie tyle powinno odwzorowywać najlepsze ideały państw realowych, ile po prostu służyć społeczności i elastycznie dostosowywać się do jej potrzeb? Woody, sam o tym nie wiedząc, narusza fundament Dreamlandu ekorrskiego, powodując, że obywatele Królestwa zaczynają zastanawiać się nad innym ustawieniem priorytetów. Legalistów te zmiany świadomości bolą. Pragmatyków napędzają.

    Początkowo Dreamland był państwem absolutnym, potem przeszedł do quasi-prawnego systemu TomBonda i wczesnego eMBego, którego niemal idealnym odzwierciedleniem była Solardia Morfeusza Tylera. Potem nadeszła epoka Dreamlandu ekorrskiego, utwardzonego autorytetem Artura Piotra. Gdy odszedł Trzeci, a przy okazji pojawili się wichrzyciele w rodzaju Luke'a Woody'ego, filozofia polityki zaczyna wracać do punktu, w którym prawo istnieje i jest przestrzegane, ale w momencie, gdy przestaje odpowiadać większości, po prostu bezwzględnie nagina się je do własnych potrzeb. Oczywiście, to już nie będzie ani system idealnie tombondowski, ani morfeuszowski, ten z błędami ortograficznymi w ustawie zasadniczej. W budowie systemu prawnego osiągnięto już zbyt wiele, by można było tak po prostu powrócić do dawnego stanu. Staniemy się więc zapewne pod tym względem państwem tzw. "sarmalandu", gdzie można wymienić sędziego i uchylić jego orzeczenie, jeśli innym organom państwa ono nie odpowiada, gdzie można również stosować prawo tylko do tego momentu, w którym przestaje być ono użyteczne. Czy użyteczne tylko jednemu człowiekowi czy jakiejś grupie czy jakkolwiek definiowanej racji stanu - to nieistotne. W każdej z tych sytuacji jest to państwo prawa tylko z nazwy, od przypadku do przypadku. Ale jest to też państwo skuteczne.

    Natura niedogodności, których teraz doświadczamy, sprawia, że arturiański ancien regime upadać będzie powoli. Prawdopodobnie nie dokona się jakaś wielka rewolucja, nie zostanie obalona konstytucja, nie zdefenestrujemy Króla, nie będzie szabru w Bazie Prawnej Sądu Królestwa. Jeśli coś ma się zmienić, to będzie to po prostu podejście do sposobu sprawowania władzy. Zresztą, ono już się zmieniło. Po niżej podpisanym

cd. na str. 8